Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 12 .    

    Jechali w poprzek zbocza góry, a potem coraz wyżej po porośniętym krzakami stoku, przecinając żleb, gdzie rozciął sobie wargę, kiedy po raz pierwszy cwałował za Ilisidi. Tuż za nimi znajdowało się około dziesięciu ochroniarzy, prowadzących sześć osiodłanych wierzchowców, o czym Bren przekonał się, zerkając za siebie, kiedy trochę zwolnili.

    Zabrali ze sobą całą stajnię, nie zostawiając ani jednego mecheity, którego można by wykorzystać w pościgu - znał ten wybieg z machimi. Sam nagle znalazł się w środku machimi, wśród uzbrojonych jeźdźców i wojennego sprzętu. Brakowało tylko chorągwi i lanc... To nie miejsce dla człowieka, wciąż sobie powtarzał. Nie wiedział, jak ma sobie radzić z Nokhadą, jeśli będą musieli przedzierać się przez tłum, nie wiedział nawet, czy utrzyma się w siodle, jeżeli na ich drodze znajdą się jakieś trudniejsze przeszkody.

    I jechać do Shejidanu przez cały kontynent? Mało prawdopodobne.

    Jago powiedziała, żeby wierzył Ilisidi. Djinana powiedział, żeby wierzył Cenediemu.

    Jechali jednak na północny zachód, i sądząc z kierunku, z którego dochodziły eksplozje, byli odcięci od lotniska - odcięci od komunikacji, od jego własnej ochrony, od wszystkich znanych mu możliwości ratunku, chyba że Tabini wysłał do prowincji Maidingi posiłki, które miały zawładnąć lotniskiem znaj; dującym się w rękach buntowników.

    Oznaczało to, że tamci mają dostęp do samolotów - podczas gdy oni poruszali się zaledwie z szybkością, na jaką było stać mecheiti. Buntownicy mogli ich wyśledzić i nękać do woli z ziemi i z powietrza.

    Jedyna nadzieja w tym, że brakuje im samolotów wyposażonych w urządzenia celownicze. To pewne, że mogli o tym pomyśleć - bez żadnego cholernego biichi-gi. Mospheira zaprojektowała atewskie samoloty w taki sposób, żeby wprowadzenie tej zmiany było bardzo trudne - trzymali się stałopłatów i zasadniczo szybszych samolotów, nie było jednak wykluczone, że jakiś uparty ateva przyłoży się do problemu. Finezja, jak słyszał w machimi, nie ma zastosowania podczas wojny - a ci dwaj zbuntowani aijiin właśnie próbowali wywołać wojnę.

    Doprowadzić Tabiniego na skraj przepaści, rozbić Patronat Zachodni i utworzyć go na nowo wokół jakiegoś innego przywódcy - takiego jak Ilisidi?

    A ona, dwukrotnie pominięta przez hasdrawad, zwodzi buntowników?

    Czy można uwierzyć w coś takiego?

    Od murów Malguri odbiła się echem kolejna eksplozja. Bren zaryzykował drugie zerknięcie do tyłu i zobaczył unoszący się w niebo słup dymu, który wiatr po chwili przegonił nad zachodnim murem. To było w środku, pomyślał w narastającej panice, a odwróciwszy z powrotem głowę, zobaczył przed sobą grzbiet wzgórza, obiecujący schronienie przed ostrzałem, który mógł ich dosięgnąć od strony fortecy.

    Może ich zniknięcie za grzbietem spowoduje przerwanie ataku na Malguri, jeśli personelowi uda się przekonać tłum i uzbrojonych zawodowców, że ich tam nie ma? Niech Bóg ma w opiece Djinanę i Maigiego, którzy nie prosili się, żeby zostać żołnierzami, którzy mieli na głowie obcych, jak ten ateva z bronią na schodach, obcych, których pewnie sprowadzili Ilisidi i Cenedi, obcych, którzy mogą nie uszanować historycznych murów Malguri.

    Z zimna mącił mu się wzrok. Przeszywający ból ramion pulsował w rytm chwiejnych kroków Nokhady. Właśnie zostawili za sobą skalisty pagórek, mogący stanowić osłonę przed strzelcami, którzy być może ustawiali się pod murami fortecy od strony gór - ale Bren pomyślał, że zajęli się już nimi Banichi i Jago. Przed nimi pojawiły się zarośla i skały, a po chwili błękitne niebo. Na chwilę perspektywa zwańowała - najpierw Ilisidi, a potem Cenedi zniknęli za grzbietem, po czym Nokhada opuściła łeb i runęła w dół po drugiej stronie, robiąc oszałamiającą, przyprawiającą o zawrót głowy serię skoków wśród ostrych skał i powykręcanych krzewów, które podświadomość Brena zabarwiła śnieżną bielą, lecz zdrowy rozsądek przywrócił im brązy ziemi. Każdy nierówny krok Nokhady akcentował ból nadwerężonych stawów i ponaciąganych mięśni, a jakby tego było mało, Bren zaczynał tracie czucie w przemarzniętych dłoniach i nogach.

    Fatalne miejsce na upadek. Przeżył chwilę paniki, a potem - o Boże - po prostu poczuł górę: Nokhada biegła, kierując się tą samą logiką, którą stosowałby on, i wybierała tę samą trasę. Bren zacisnął zdrową dłoń na rzemieniu do wsiadania, a wodzą owinął palce tej słabszej. Zaczynał reagować na wiatr, smagający go po twarzy, falą adrenaliny, wzmożonym wyczuciem stoku i miejsca, którego Nokhada choćby przez chwilę musi dotknąć nogami, żeby zrobić następny krok.

    Planował trasę w dół, pijany tym zrozumieniem. To właśnie było szaleństwo - widział trasę, a serce biło mu w przyśpieszonym rytmie. Wyczuł wybuch, ale pocisk rozerwał się bardzo daleko, a Bren pędził na złamanie karku, żeby dogonić jeźdźców przed sobą. To nie było normalne. Ani odpowiedzialne. A jemu się podobało. Prawie już dogonił Ilisidi, kiedy Babs nagle machnął ogonem i gwałtownie skręcił. Nokhada prawie zabiła ich oboje, chcąc dotrzymać mu kroku.

    - `Sidi! - Bren usłyszał głos Cenediego, dobiegający daleko z tyłu.

    Przeżył sekundę zdrowej, zimnej paniki, ponieważ zdał sobie sprawę, że wyprzedził Cenediego, a Ilisidi wie, że siedzi jej na ogonie.

    Tuż obok nich wybuchł któryś z kamieni, po prostu wyleciał w powietrze. Babs wpadł w szczelinę obok wąskiego wodospadu i ruszył pod górę między głazami wielkości domów, coraz wyżej i wyżej.

    Snajper, podpowiadał rozsądek. Wciąż znajdowali się niebezpiecznie blisko Malguri.

    Jechał jednak za Ilisidi, teraz już wolniej, znajdując osłonę wśród głazów oraz czas na uświadomienie sobie właśnie popełnionego głupstwa: przepchnął się tuż za Ilisidi, a Cenedi jedzie za nim i Nokhada całkiem rozsądnie nie chce teraz zwolnić i stracić siły rozpędu.

    Głupi, pomyślał Bren. Na tej górze stracił zdrowy rozsądek. Znając spoczywającą na nim odpowiedzialność, ryzykował życie właśnie dlatego, że na nim spoczywała i dlatego, że istniały rzeczy, których nie mógł ani zrobić, ani mieć, i wcale a wcale go to nie obchodziło podczas tych kilku samolubnych, szaleńczych minut. Niech ich wszystkich diabli, niech diabli Tabiniego, atevich, jego matkę, niech diabli Toby'ego, Barb i całą rasę ludzką.

    Mógł zginąć. Z łatwością mógł zginąć podczas tej szaleńczej jazdy. Odkrył u siebie tyle gorzkiego, ukrytego gniewu taką wściekłość, że aż się od niej trząsł. Tymczasem normalniejsze już i rozsądniejsze kroki Nokhady niosły go w górę ku bezpiecznym skałom. A zatem to, co porwało go w dół, nie było upojeniem wolnością, jak sobie wmówił, lecz tym, czego właśnie doświadczył: złośliwym, bezrozumnym życzeniem własnej śmierci, wymierzonym przeciwko wszystkim i wszystkiemu, czemu służył. Z tym właśnie igrał.

    To cholernie niesprawiedliwe. Jedyna rzecz w życiu, która sprawiła mu taką dziką przyjemność. I co to jest? Cholerne życzenie śmierci.

    Nie znosił tych wszystkich nacisków w domu na Mospheirze, nacisków stwarzanych przez jego pracę, a już najbardziej nacisków emocjonalnych, czysto ludzkich. W tej chwili nienawidził atevich, przynajmniej jako abstrakcji, nie znosił ich beznamiętnej przemocy, kłamstw i tej nie kończącej się, schizofrenicznej analizy, jakiej musiał wśród nich poddawać każdą swoją myśl, każdą emocję czy odczucie, tylko po to, by określić, czy jest to wynik ludzkiej biologii, czy też obróbki logicznej.

    A najbardziej nie znosił żałować osób, które nie odpłacały mu tym samym. Nie dowierzał swoim uczuciom. Był osłabiony, wycieńczony, obolały i nie podchodził już rozsądnie do żadnej z tych dwóch rzeczywistości.

    To była druga prawda o nim samym, z którą się zetknął, począwszy od tej mrocznej chwili, kiedy przytknięto mu broń do głowy. Dowiedział się, że paidhi nie daje sobie rady ze stresem związanym z pracą. Że jest diabelnie przerażony, niepewny otaczających go osób oraz tego, czy kiedykolwiek. postępował słusznie.

    Nie wiadomo, z atevimi po prostu nie wiadomo, co się dzieje w najgłębszych warstwach ich psyche - nie dlatego, że nie da się tego przetłumaczyć, ale dlatego, że się tego nie czuje, nie wpada się w rezonans emocjonalny, nie można się ani trochę domyślić, jak to jest być atevim.

    Znaleźli się na krawędzi wojny, atevi strzelali do siebie, nie mogąc dojść do porozumienia, co zrobić z ludźmi, a paidhi się rozklejał - zeszłej nocy zabrali mu zbyt wiele. Może nie chcieli tego zrobić, może nie wiedzieli, że to zrobili, on i tak mógł to sobie wytłumaczyć, znał wszystkie psychologiczne etykietki: że jest zbyt wiele niewiadomych, że za nagłym atakiem dreszczy, strachu i ponurą poranną samoanalizą, którą zawdzięczał jedynie wydarzeniom minionej nocy, stoi nawet fizjologia.

    Nie, minionej nocy tamci nie prowadzili żadnej gry. Nie grozili mu na niby. Cenedi był cholernie dobry w tym, co robił, i zadając Brenowi pytania, które musiał zadać, nie brał pod uwagę jego stanu psychicznego.

    Nie zmieniało to faktu, że wstrząsnęli jego psychiką, która i tak nie była zbyt stabilna. Echa tego wstrząsu wciąż dawały o sobie znać.

    Nie mógł sobie pozwolić na załamanie. Nie teraz. Musi dać sobie spokój z rozpamiętywaniem i wymyślić niezbędne minimum tego, co powie atevim i ludziom, a co doprowadzi do zawieszenia broni i zdyskredytuje szaleńców dążących do wojny.

    Właśnie tak.

    Przynajmniej umilkły strzały. Odjechali już na tyle daleko, że nie słyszeliby wybuchów, cokolwiek mogło dziać się w Malguri, i posuwali się wolniejszym, rozsądniejszym tempem po łatwiejszym terenie, gdzie mogliby jechać szybciej. Droga odcinkami była równa, czasami wspinała się w górę, czasami zjeżdżali kłusem na ukos w dół, ogólnie kierując się teraz bardziej na południe, a tylko czasem na zachód, co w sumie zbliżało ich do lotniska w Maidingi, centrum kłopotów.

    A także na spotkanie posiłkom od Tabiniego, jeżeli Tabini miał jakiekolwiek pojęcie, co się tu dzieje... Można jednak polegać na Banichim, że Tabini wie, i to ze szczegółami, jeśli tylko Banichi dostał się do telefonu albo zawiadomił za pomocą radia kogoś, kto mógł przekazać wiadomość przez pół kontynentu.

    - Jedziemy na południe - powiedział do Cenediego, kiedy znalazł się dostatecznie blisko. - Nadi, czy zmierzamy do Maidingi?

    - Mamy spotkanie na zachodniej drodze - odparł ateva. Tuż za miejscem zwanym Wieżami. Zabierzemy stamtąd twój personel, oczywiście zakładając, ze uda mu się tam dotrzeć.

    Co za ulga. Rozładowało to niektóre podejrzenia Brena.

    - A stamtąd?

    - Na północny zachód, do osoby, która według nas zapewni nam bezpieczeństwo. Uważaj, nand' paidhi!

    Skończyło się wolne miejsce. Mecheita Cenediego, Tali, wysunęła się do przodu, zmuszając Nokhadę do cofnięcia się. Nokhada rzuciła głową i chciała ugryźć oddalającą się Tali w zad, w ale w tym wąskim przesmyku między dwoma głazami wielkości pokoju nie mogła jej wyprzedzić.

    Zabierzemy twój personel, powiedział Cenedi. Zdecydowanie podniosło to Brena na duchu. Reszta, czyli ominięcie lotniska i dotarcie do kogoś, kto być może ma transport, brzmiało dla niego o wiele rozsądniej, niż dotychczasowe poczynania. Zamiast krążyć w nie opisanej na mapie próżni, ich trasa zaczęła prowadzić w określonym kierunku, do prowincji leżących po drugiej stronie gór, w sumie na zachód - Bren orientował się w geografii. To było znacznie pewniejsze niż jakiekolwiek granice między atevimi, gdzie man'chi poszczególnych miast i rodów były dość płynne, nawet na jednej ulicy. Cenedi znał jedno nazwisko, jedno man'chi, które uważał za bezpieczne.

    Zawodowiec Cenedi na pewno nie opierał swych sądów na domysłach. Ilisidi być może zwodzi swoich sprzymierzeńców ale aijiin po prostu nie byli winni man'chi nikomu stojącemu wyżej od nich: taka była natura ich pozycji i sprzymierzeńcy o tym wiedzieli, podobnie jak o tym, że nie powinni jej drażnić.

    Najwyraźniej jednak to uczynili. Tabini wykonał swój ruch, co prawda dość rozpaczliwy, wysyłając paidhiego do Malguri i pozwalając Ilisidi zaspokoić ciekawość, ryzykując przy tym, że Ilisidi może wydać Brena opozycji. Tabini najwyraźniej był czegoś pewien - może (myśląc jak ateva, a nie człowiek) wiedział, że buntownicy niewątpliwie rozdrażnią Ilisidi albo że zamierzają ją oszukać: wdowa na pewno zorientowałaby się, gdyby coś takiego wisiało w powietrzu. Ilisidi była zbyt bystra, zbyt przebiegła, żeby dać się omamić wyznawcom liczb i handlarzom strachu - a jeśli przysłanie Brena było tym pojednawczym gestem, który zrobił w jej kierunku Tabini, to Ilisidi mogła się zaniepokoić delikatną aluzją wnuka, że przewidział jej zbliżenie z buntownikami, i będąc już wiekową damą, mogła uznać tę milczącą ofertę pokoju za bardziej atrakcyjną od niepewnego układu z jakąś ambitną kliką prowincjonalnych wielmożów, pragnących stawić czoło ludzkiej potędze, z którą Tabini mógł nawiązać współpracę.

    Układu z konspiratorami, którzy, zgodnie ze zwyczajami atewskich wielmożów, równie dobrze mogli w końcu powstać przeciwko sobie nawzajem.

    Bren nie znajdował się w takich stosunkach z Ilisidi czy Cenedim, żeby zadać im te zasadnicze pytania. Sytuacja i tak była już drażliwa. Próbował zachowywać hierarchię ważności grupy: Babs zawsze był pierwszy, mecheita Cenediego, Tali, najczęściej druga, a Nokhada współzawodniczyła z nią za każdym razem, kiedy ruszali szybciej, która to polityka nie miała nic wspólnego z motywacją jeźdźców, lecz stawała się niebezpieczna, jeśli dochodziły do niej ich ambicje osobiste. Bren poznał już tę zasadę machimi i wiedział, że nie powinien pozwolić Nokhadzie na wpychanie się w ten podwójny patronat z przodu, a w każdym razie nie wtedy, kiedy miała na kłach nakładki bojowe. Cenedi na pewno mu za to nie podziękuje, Tali tego nie zniesie, a on i tak miał dość zajęcia, usiłując utrzymać się z jedną niesprawną ręką na grzbiecie Nokhady.

    Odzyskał już zdrowe zmysły, przynajmniej na tyle, żeby chociaż z grubsza wiedzieć, dokąd zmierzają.

    Nie śmiał jednak naciskać. Zyskał pomoc Ilisidi, ale było to niepewne, warunkowe wsparcie dla niego i Tabiniego, na którym wciąż nie śmiał w pełni polegać. Nie można wierzyć, że kobieta, którą Tabini nazywał `Sidi-ji, nie zmierza do własnych korzyści i zdobycia władzy w Patronacie Zachodnim albo w jakimś innym.

    W żadnej przyprawiającej o zawrót głowy chwili nie wierzył żadnemu z nich.

    Ich język miał czternaście słów na oznaczenie zdrady, a jedno z nich znaczyło jednocześnie "postępować w sposób oczywisty".

następny